Znałem Kasprzyka

przez admin | mar 16, 2026 | Kasprzyk | 0 komentarzy

W 1947 roku z inicjatywy lwowianina inżyniera Witolda Kasprzyka sprowadzone zostały przez niego z Rumunii cztery samoloty RWD 13 i prototyp RWD 21. Były to samoloty internowane w Rumunii w 1939 r. i tam użytkowane przez cały okres wojny, toteż ich stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia.

Gdzieś w połowie roku, zupełnie nieoczekiwanie pojawił się nad Dąbrówką, gdzie właśnie trwały loty, jakiś górnopłat podobny do Pipera, ale o wyraźnie grubszym kadłubie. Gdy nadlatywał na nas spostrzegliśmy, że ma przy kadłubie pogrubione skrzydła, zupełnie jak nasz RWD 13. Jakoż i po chwili, gdy się pochylił w zakręcie, mieliśmy już pewność. Samolot ten to RWD 13. Wśród niesłychanego entuzjazmu samolot wylądował i wtedy spostrzegliśmy w kabinie roześmianą od ucha do ucha twarz Władzia Zielniewicza, który cieszył się z wywołanego wrażenia razem z nami.

Pomalowany na kolor khaki miał naniesione wojskowe "kokardy" Królestwa Rumunii i cywilne znaki YR-BMT. Szybko skojarzyłem sobie, że w Warszawie był w 1938 roku polski SP-BMT, a pamiętam go, bo byłem podczas przylotu naszej ekipy z rajdu skandynawskiego i on właśnie brał udział w tym rajdzie. Wkrótce wyjaśniło się, że to rzeczywiście ex polski SP-BMT

Kasprzyk "podrzucił" ten samolot do LWD w Łodzi, no bo musiał gdzieś te cztery ulokować, być może liczył że go tu trochę doprowadzą do stanu normalnego, a nie wykluczone, że miał i inne zamiary. Drugim pozostawionym w Łodzi erwudziakiem był samolot sanitarny RWD 13S o znakach YR-INT. Ten samolot wyposażony był przez Rumunów w licencyjny angielski silnik Gipsy Major tak, że jego prędkość maksymalna przekraczała wartość 200 km/h."

W innym miejscu autor pisze:

"W okresie rozdmuchania tego lotniczego piekiełka pojawił się, zupełnie niespodziewanie, inżynier Witold Kasprzyk. Przyleciał sobie z Rumunii na przedwojennym samolocie RWD 13 internowanym przez Królestwo zaprzyjaźnionej Rumunii w 1939 roku, Pozostawił samolot w Warszawie, wrócił do tej Rumunii i po kilku tygodniach przyleciał na drugim egzemplarzu RWD. w ten sposób, własnym sumptem, sprowadził do Kraju cztery samoloty RWD 13 i jeden RWD 21 (prototyp).

Pierwszy raz Kasprzyka widziałem w Łodzi w 1937 roku podczas pokazów lotniczych na Lublinku, gdzie latał on wtedy na prototypie szybowca SG 7 i wykonywała na nim podstawową akrobację.

Ten lwowski pilot zyskał przed wojną pewien rozgłos poprzez swoje publikacje zamieszczone w czasopiśmie Skrzydlata Polska (zobacz bibliografia poz 1 Pl.), a dotyczące taktyki przelotowej na szybowcach. Miał nawet swojego antagonistę, z którym toczył polemikę na łamach tego miesięcznika. Sprawiał wrażenie człowieka niezwykle aktywnego, ale z pewnością nieco konfliktowego. Po powrocie do Kraju nie wykluczone, że nosił się z pobożnym zamiarem zaczepienia się w bielskim Instytucie Szybownictwa, tu wszakże zdążyli już wcześniej zadomowić się inni lwowscy inżynierowie i jakoś nikt mu jak przypuszczam współpracy nie proponował.

Pozostał więc w Warszawie biorąc udział w życiu tamtejszego Aeroklubu. Podczas drugich po wojnie Krajowych Zawodów Lotniczych, rozgrywanych w Łodzi, Kasprzyk był szefem ekipy warszawskiej i jak pamiętam bardzo dzielnie bronił jej przed zakusami przeciwników i komisji sportowej, zgłosił nawet protest, który został uznany.

W międzyczasie latał Kasprzyk jako pilot Ministerstwa Spraw Zagranicznych trochę na którejś RWD 13, a trochę na Szpaku 4T. Korzystając z posiadanego paszportu (co wtedy było wielką rzadkością) znalazł się na międzynarodowych mistrzostwach szybowcowych rozgrywanych w Szwajcarii w Samedan gdzie zgłosił się jako reprezentant Polski do udziału w tych mistrzostwach. Było z tego powodu dużo szumu, jako że nikt go do tego z Kraju nie upoważniał. Tu należy wyjaśnić, że Polacy, za "życzliwą" radą wielkiego brata, demonstracyjnie zbojkotowali tę imprezę mimo, że posiadaliśmy wtedy i dobrego Sępa i niezgorszego Adama Zientka. i tak, prawdopodobnie przez przekorę, zareagował na te nasze fumy Kasprzyk zgłaszając się do zawodów (Bojkot naszego "obozu" spowodowany był, o ile pamiętam, tym, że w zawodach brali udział piloci z RPA "uprawiający rasizm").

Kasprzyka poznałem dość wcześnie przy okazji jego częstych wizyt w LWD w Łodzi, a i moich wypadów do Warszawy. Opowiadał mi dość zabawne historie z okresu wojny. Otóż Kasprzyk pozostał podczas wojny na terenie Rumunii, gdzie był dobrze znany, jako lwowianin ze swej działalności lotniczej. Tu zaproponowano mu pracę w instytucji nadzoru technicznego. Opowiadał o kłopotach, jakie miał z naszym rodakiem, panem Wojciechem Woyną starym lotnikiem z zamierzchłych czasów awiacji. Pan Woyna także pozostał w Rumunii, a ponieważ w jakiś tajemniczy sposób stał się posiadaczem dokumentacji warsztatowej szybowca Salamandra, rozpoczął więc "działalność gospodarczą", to znaczy budowę tych szybowców. Nie zawsze wszystko bywało widocznie w porządku, skoro powstawały między nimi jakieś techniczne spory.

Miał też Kasprzyk kontakt z warsztatami produkującymi nowe skrzydła do RWD. Wytwarzano je przy stosowaniu starych okuć, a klejono nowo wprowadzonym niemieckim płynnym klejem Kaurit.

Nagabywany kiedyś przeze mnie Kasprzyk zażartował sobie ujawniając, że cieszył się w królewskiej Rumunii nie lada popularnością, o czym może świadczyć fakt, że w jednej z rumuńskich szkół szybowcowych w pokoju kierownika wisiały na ścianie trzy portrety: Wolfa Hirth'a, Adolfa Hitlera i jego. Jedno jest w każdym razie pewne, że w tym rumuńskim światku lotniczym poruszał się Kasprzyk dość swobodnie, skoro udało mu się powybierać co lepsze samoloty RWD i ewakuować je, a raczej rewindykować do Kraju.

O jego fantazji i przebojowości świadczyć może propozycja, jaką uczynił mi w owe lata. Jak już wszyscy czytelnicy wiedzą, mieszkałem tuż obok wytwórni LWD i jej fabrycznego lotniska. Otóż odwiedził mnie kiedyś pan Witold w moim mieszkaniu namawiając z entuzjazmem, abym udał się z nim do Rumunii samolotem RWD 13 celem sprowadzenia upatrzonego przez niego samolotu RWD 8. Mieliśmy wylądować na RWD 13 w majątku jego znajomych, miał nadzieję jeszcze nie rozparcelowanym, gdzie pozostawiłby mnie i samolot, a sam miał się udać dokąś, aby sprowadzić do tego majątku RWD 8. Może to brzmi mało przekonująco teraz, po tylu latach, ale tak to wyglądało. Oniemiałem w pierwszej chwili z wrażenia, gdyż jako urodzony legalista nie mogłem sobie tego ułożyć w głowie, zwłaszcza, że byłem przecież pracownikiem Ministerstwa Komunikacji w jakimś sensie... Zacząłem więc wyrażać swoje wątpliwości. Co do strony formalnej, to jak twierdził, u nich panuje sto razy większy bałagan niż u nas. Co do trasy przelotu, to w grę wchodziła, jako główna, trasa przez przełom Dunajca... On miał już te trasy oblatane, w co nie mogłem wątpić. Przerażała mnie perspektywa tego przełomu, jako że przed wojną brałem udział w takim spływie dunajcowym i pamiętałem, jak się górale nas pytali, czy teraz będzie zakręt w lewo czy w prawo. Oczywiście z tej wyprawy nic nie wyszło, ale muszę przyznać, że później miewałem pewne wyrzuty sumienia, a nawet żałowałem nieco...

W którymś zagranicznym locie służbowym do Rumunii brała też udział znana lotniczka polska, lecąca z jakimś ideologicznym posłaniem do tamtejszej młodzieży. Ktoś komuś oferował dostawy naszego kleju Certus, ktoś inny, rzekomo za ten klej, ofiarował tej pani na własność internowany tam samolot RWD 13, stanowiący przed wojną własność PLL LOT (SP-BNU). Być może, że w tej intencji sprowadził go Kasprzyk do Kraju. Były potem z tego tytułu jakieś rozgawory, a nawet zdaje się proces sądowy między tą panią i LOT-em. w ostatecznym rozrachunku samolot, odrestaurowany (częściowo według moich wskazówek) stoi obecnie w krakowskim Muzeum Lotnictwa.

Podczas jednego z takich lotów kurierskich miał Kasprzyk jakiś wypadek za granicą na Szpaku i był z tego tytułu zawieszony w lataniu. Toteż, kiedy zaszła potrzeba sprowadzenia z Łodzi do Warszawy samolotu sanitarnego RWD 13S o rumuńskich znakach YB-INT, los padł na mnie, jako że Kasprzyk nie wchodził w rachubę.

Podczas niesławnej weryfikacji pilotów przepadł oczywiście pan Kasprzyk z kretesem. Przysłużyli się mu moim zdaniem osobnicy żywiący uczucie bezinteresownej, jak to nazywa Wańkowicz, zawiści względem niego. Nie będę u wysilał się przypominaniem pewnych nazwisk, jako że "de mortuis nihil, nisi bene". Zresztą, może to nie oni, któż to wie.

Nie widząc tu w Kraju pola do popisu postanowił pan Kasprzyk opuścić ojczyznę i wyruszyć na tułaczkę, ale to też nie była prosta sprawa w one lata. Razem z kolegą moim, Stefkiem Kopińskim, wydostali się jakoś spod skrzydeł tak opiekuńczego państwa i wylądowali gdzieś w Ameryce (zobacz "UCIECZKA Z POLSKI"). Z biegiem lat poznano się na panu Witoldzie, bowiem został kierownikiem labolatorium małych prędkości u... Boeinga. Obserwując podchodzące do lądowanie olbrzymy tej firmy z pewnością dostrzegamy na zmechanizowanych płatach owoce jego inżynierskiej pracy. O jego nie przeciągającym skrzydle pisano u nas w Technice Lotniczej (zobacz bibliografia poz 4 i 5 Pl.)."

Józef Zieleziński
fragmenty niepublikowanych wspomnień