Latające skrzydło

przez admin | mar 16, 2026 | Kasprzyk | 0 komentarzy

Przepychaliśmy się samochodem przez zatłoczone ulice. Seatle to miasto nader malownicze. Wciśnięte między postrzępione brzegi zatoki Puget a wody jeziora Waszyngton, rozczłonkowane jest na wiele dzielnic, które dla przybysza stanowią prawdziwą abrakadabrę. Miastu patronuje pokryta wiecznym śniegiem góra Rainier, iglica wieży zbudowanej z okazji niedawnej międzynarodowej wystawy oraz jeden z najciekawszych na świecie mostów pontonowych przecinających jezioro Waszyngton. Sześćdziesięciometrowa głębia tego zbiornika wody uniemożliwiła budowę mostu konwencjonalnego. Kilkupasmowa autostrada biegnąca po wielkich pontonach znacznie Ułatwia komunikację w mieście, ale przeszkadza statkom pełnomorskim, które dzięki systemowi śluz wydostają się z jeziora na Pacyfik. Seattle jest bowiem portem oceanicznym i podobnie jak San Francisco ma rozbudowane kontakty z Dalekim Wschodem. W mieście uderza stosunkowo duża liczba mieszkańców pochodzenia azjatyckiego i polinezyjskiego. Chińczycy zaś tradycyjnie już mają monopol w Seattle na pralnie i maleńkie jadłodajnie.

Gładych prowadził samochód po zatłoczonych pojazdami ulicach precyzyjnie niczym Thunderbolta nad Niemcy i wkrótce znaleźliśmy się na wielkiej łące, która nie była lotniskiem w całym tego słowa znaczeniu, ale niewątpliwie stanowiła pole wzlotów, o czym świadczyły hangary i kręcące się nad nami sportowe awionetki.

Gdy wysiedliśmy z samolotu, Michał niezwłocznie zaczął rozglądać się po niebie. - Jest! Lata. Przypatrz się dobrze. Nic takiego jeszcze w przestworzach nie latało.

Spojrzałem we wskazanym kierunku. To, co zobaczyłem, przypominało wszystko tylko nie szybowiec. Na niebie ewolucje wykonywała deska do prasowania skrzyżowana ze szparagiem. - To jest właśnie "latające skrzydło" Kasprzyka, owoc 5 tysięcy godzin pracy chałupniczej w czasie wolnym od zawodowej pracy i co tu gadać - sensacja szybowcowa - informował Michał.

Jak sensacja, to sensacja. Zacząłem uważniej przyglądać się dziwadłu, całkowicie pozbawionemu ogona. Latało ono w sposób odmienny od wszystkiego, co kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć nad polskimi szybowiskami. Było coś nieodparcie ptasiego w jego ewolucjach: coś z jastrzębia i jaskółki jednocześnie. Latające skrzydło - marzenie wszystkich konstruktorów lotniczych - latało nad moją głową, kreśląc precyzyjne figury akrobacji lotniczej. - O aerodynamice nie mam zielonego pojęcia, powiedz mi, na czym głównie polegają zalety tego szybowca - pytałem pokornie Michała. - O, tu potrzebny cały wykład. I tak będziesz musiał wysłuchać go po wylądowaniu Kasprzyka. Ten szybowiec może... coo! patrz na ten przewrót!... Może wykonywać figury akrobacji, których nie jest w stanie wykręcić żaden konwencjonalny płatowiec... Zdaje się, że ląduje!

Istotnie, latający szparag po ostrym torze schodził ku ziemi, a po paru chwilach podrygiwał już na nierównościach gruntu w pobliżu nas. Latające straszydło wyglądało na ziemi jeszcze dziwniej niż w powietrzu. Było to naprawdę samo skrzydło z półmetrowym może ogonkiem i kopułką małej kabiny.

Pilot odrzucił szklaną bańkę, wyzwolił się z uprzęży spadochronowej i moim oczom pojawiła się drobna postać inżyniera Witolda Kasprzyka, dobrze znana wielu pokoleniom polskich szybowników jako "Kasper". Szczupła twarz zwieńczona czapeczką z dużym daszkiem promieniała zadowoleniem. - Znowu się wynudziłem - to pudło lata właściwie samo. Mówię ci, Michał, knyplem ruszałem mniej niż kiedyś grzechotką w kołysce. Musisz wreszcie spróbować i ty. Michał nie płonął jednak entuzjazmem. - Wiesz, że dla mnie jak nic nie warczy, to znaczy, nie nadaje się do latania. Za skarby w coś takiego nie wsiądę.

Gładych dokonał prezentacji według wszelkich reguł bon tonu i mogłem już zupełnie legalnie dobrać się do inżyniera ze swoimi pytaniami.

Nie mogę powiedzieć, żeby się wzbraniał. Przeciwnie. Dobre dziesięć minut słuchałem pięknej polszczyzny, tyle tylko że mało dla mnie zrozumiałej. Turbulencje, lotki, wydłużenie, samosterowność - padało całe mnóstwo tajemniczych dla laika terminów.

Pojechaliśmy do domu inżyniera. Tam, posługując się pytaniami pomocniczymi, ustaliłem mniej więcej co następuje: "Bekas", bo tak właśnie nazwał swój szybowiec inżynier Kasprzyk, jest konstrukcją unikalną, o zaletach, z którymi nie może konkurować żaden szybowiec analogicznej klasy. "Bekas" jest pierwszą wersją całej serii latających skrzydeł, które inżynier ma już opracowane w stadium projektowym. Podstawowe zalety maszyny to znakomita stateczność lotu, sterowność oraz trzydziestoprocentowe zmniejszenie oporów w porównaniu z szybowcami klasycznymi. Latające skrzydło jest pierwszą konstrukcją tego typu, która posiada tak wielkie zalety. Dotychczasowe próby prowadzone w tym kierunku na świecie kończyły się raczej niepowodzeniami.

"Bekas" uzyskał z Federal Aviation Agency (FAA), instytucji sprawującej nadzór nad konstrukcjami lotniczymi, w nadzwyczaj krótkim czasie certyfikat na akrobację bez ograniczenia wysokości, co w przypadku prototypu zdarza się niezmiernie rzadko i dowodzi wysokiego uznania speców lotniczych. "Bekas" wywołał w lotniczym światku ogromne zainteresowanie, potwierdzone wieloma notatkami i artykułami w fachowych pismach (miałem możność obejrzeć te wycinki.- "Bekas" ma konstrukcje całkowicie niekonwencjonalną, przełamującą dotychczasowe tradycje. Lotki w nim działają jako stery kierunku i to właśnie daje mu między innymi nadzwyczajną łatwość pilotażu. Układ latającego skrzydła predestynowany jest jak najbardziej do stosowania go w maszynach naddźwiękowych. Spodziewam się, że wkrótce stanie się on powszechnym układem przy płatowcach silnikowych. - Dobrze, inżynierze, ale sam pan mówił, że tylu innych próbowało... Jak to się więc stało, że pan tak od razu... - Od razu?! Nad latającym skrzydłem pracuję już od trzydziestu lat - żachnął się inżynier. Udobruchał się jednak prędko i zgodził się pokazać kolebkę "Bekasa". Był to najzwyklejszy przydomowy garaż. W pomieszczeniu tym dominował zapach kleju i wysuszonego drewna. W zaciskach schły poklejone żebra, profile, kratownice przeznaczone na młodszego brata "Bekasa", który, zdaniem inżyniera, będzie miał jeszcze lepsze osiągnięcia. Arkusze, sklejki, puszki z farbami, klejem (o niezwykłych zaletach) uzupełniały obraz "wytwórni" inżyniera.

Kasprzyk przy budowie swoich szybowców zastosował drewno świerku sitkajskiego, to samo, z którego budowane były słynne myśliwce czasów drugiej wojny - "Mosquito". - Kiedy zaczynaliśmy z Brochockim - to mój przyjaciel, też Polak - dłubaninę w tym garażu, ten i ów podśmiewał się z nas. Obecnie mamy nadzieję, że na Szybowcowych Mistrzostwach świata, może już tych najbliższych, polskie latające skrzydło wykosi wszystkich przeciwników - mówił inżynier. - "Bekas" to dopiero początek, próbna maszyna. Dalszy rozwój latającego skrzydła jest teoretycznie i praktycznie możliwy. Byle tylko znalazło się trochę czasu i pieniędzy.

Ze wzrastającą sympatią patrzyłem na mało atletyczną postać inżyniera, który prawie pół wieku poświęcił szybownictwu i gdzieś na skraju Ameryki marzy o światowym sukcesie polskiej myśli technicznej. Tej właśnie idei poświęca wolne chwile i czas przeznaczony na odpoczynek. Kto wie, czy za kilkanaście lat superszybkie odrzutowce, pokonujące transkontynentalne przestrzenie, nie będą przypominały latającej deski do prasowania skrzyżowanej ze szparagiem, stworu nader dziwacznego, którego prototyp po raz pierwszy pod niebem Seattle pilotował Polak - inżynier Kasprzyk.

Janusz Wolniewicz
fragmenty książki "Palmy, porty i Polacy"
(za zgodą autora).