W 1949 roku Witold Kasprzyk zaczął podejrzewać, że coś nie jest tak, kiedy to przyjaciele, jakich miał w najwyższych urzędach państwowych, zaczęli go unikać. a był przecież popularny i sławny. Mistrz Polski w szybownictwie w latach 1937, 38 i 39, pilot myśliwski, inżynier mechanik i aeronauta - znany jako "ojciec rumuńskiego lotnictwa sportowego".
Kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, Kasprzyk, służący w polskich siłach powietrznych otrzymał przydział do Rumunii. Za to, że rząd Polski zgodził się na jego pracę dla państwa rumuńskiego dwudziestu polskich studentów-pilotów mogło "uciec" z obozów internowania w Rumunii i przedostać się na zachód. w końcu Kasprzyk pracował w rumuńskim ministerstwie lotnictwa.
Po napaści Związku Radzieckiego na Polskę jego ojciec został zamordowany, rodzina zaś (matka, rodzeństwo, żona) wywieziona w głąb ZSSR. Tymczasem on sam pracował w służbie rumuńskiego ministerstwa lotnictwa, wtajemniczony w plan, wg. którego jako członek szybko organizującego się ruchu oporu przekazywał informacje najpierw do brytyjskiego, a następnie do amerykańskiej kwatery głównej.
On sam stawiał jeden warunek - jak powiedział podczas naszej rozmowy w jego domku w Bellvue - samoloty miały bombardować cele militarne tylko w niedziele, kiedy nikt nie pracował. "Próbowałem" - mówi Kasprzyk - "uchronić niewinnych ludzi od śmierci, a był to jedyny sposób, w jaki mogłem to uczynić".
W 1944 r. wojskowe władze brytyjskie przekazały Rumunię Rosjanom, jako sprzymierzeńcom, listę 21 żołnierzy podziemia, uważając, że będą tam przydatni. Tymczasem sowieci uwięzili, torturowali i zamordowali 20 z nich. Witold Kasprzyk, ten 21 z listy brytyjskiej szczęśliwie zbiegł. Jego nazwisko w podziemiu brzmiało Jan Sikora. "Nie miałem ochoty być repatriowanym na sposób moskiewski" - powiedział. Znając biegle 12 języków uciekł, a napotykając radziecką grupę powietrzno?rekonesansową potrzebującą tłumacza, zaoferował swoje usługi i został przyjęty. "Czułem, że jest to ostatnie miejsce, gdzie Rosjanie mogliby mnie szukać". Trzy miesiące później uciekł do Bukaresztu. Tam "wyzwolił" zniszczoną ciężarówkę, wyremontował ją i wszedł w biznes transportowy, przewożąc czarnorynkowe artykuły żywnościowe z jednego rejonu w drugi. Aby uniknąć kontroli posterunków rumuńskich angażował rosyjskich wojskowych jako "ochroniarzy"
W 1946 skontaktował się z polską ambasadą oferując swoje usługi w organizowaniu transportu powietrznego. Będąc znany jako pilot został zaakceptowany i repatriowany z rumuńskiego ministerstwa lotnictwa i zaczął latać na pierwszych polskich samolotach.
Tymczasem Rosjanie zaczęli repatriowanie do Polski uciekinierów i zesłańców. W 1947 roku z transportu 20, 000 ludzi, którzy przeszli przez Moskwę, do kraju dotarło około 300. Reszta została zatrzymana w ZSSR na "Kursach reedukacyjnych" rozmieszczonych w łagrach za terenie ZSSR. "Zgłosiłem się, aby wrócić, bym mógł skontaktować się z moją żoną - powiedział Kasprzyk - ale otrzymałem oficjalny list stwierdzający, że ona zmarła w 1941 roku". Jedyny wyjątek z takiej przymusowej rapatriacji robiono dla Polaków żonatych z Rumunkami. Kasprzyk wziął więc ślub ze swoją sekretarką, co było praktycznym rozwiązaniem dla nich obojga. Przyjechali do Polski w 1947 r., Kasprzyk rozpoczął pracę jako pilot-kurier w MSZ.
Epizod z 1947 r. bawi go teraz, ale wtedy nie było to takie śmieszne. Rosjanie poprosili bowiem ambasadę o człowieka, który przeprowadziłby dla nich pewne dochodzenie. Chcieli odnaleść Jana Sikorę, członka ruchu oporu w Rumunii podczas wojny. "Ponieważ mój rząd wiedział, że w tym czasie byłem w tym kraju i że znam język, wyznaczono mnie. Kiedy protestowałem, że mogę zostać aresztowany, dano mi wszelkie pełnomocnictwa by wykonywano wszelkie moje polecenia bez zadawania pytań. w tej sytuacji pojechałem."
Przez trzy tygodnie "prowadził śledztwo" i w końcu powrócił z udokumentowanymi dowodami, że Jan Sikora został zabity przez rosyjską ciężarówkę. Podpisy wielu świadków, w tym sędziego, potwierdzały fakt śmierci i pochówku
Więc oficjalnie pogrzebałem sam siebie jako Jana Sikorę i wszyscy wydawali się usatysfakcjonowani" - powiedział W. Kasprzyk, zachichotał, włożył do lufki następnego papierosa i zapalił - a przynajmniej tak mi się wówczas wydawało... Dużo później, w 1948 r. urzędnik wezwał mnie do siebie. "Wiesz, wydaje się, że jest coś podejrzanego w tej sprawie Jana Sikory" - powiedział - "Próbowaliśmy kilkakrotnie zlokalizować świadków, których podałeś i wszyscy oni gdzieś znikneli". "Czy podważasz wiarygodność moich świadków? " - zapytałem. "O nie - byłem tylko ciekaw".
Ten i inne sygnały wskazywały na nadchodzące kłopoty i kiedy nawet znajomi z oficjalnych kręgów zaczęli go unikać, Kasprzyk zmuszony był włączyć swoją podziemno-okupacyjną pomysłowość do codziennych obowiązków. "Nadchodził mój miesięczny urlop i kiedy go dostałem, pojechałem na Wybrzeże niedaleko Gdańska. Zachowywałem się jak jakiś głupi turysta błądząc w miejscach o ograniczonym dostępie, zwłaszcza w pobliżu portu. Wiele razy zatrzymywała mnie milicja, ale za każdym razem przekonywałem ich, że jestem tylko nudzącym się turystą i pozwalali mi odejść. w końcu zaprzyjaźniłem się ze strażnikiem w porcie, gdzie cumowały kutry ochrony wybrzeża i gdzie dwa razy dziennie przypływała i odpływała fota rybacka. Strażnicy brali mnie nawet na pokład kutrów, wyjaśniając jak pracują i opisując system ochrony portu i działalność milicji."
Urlop się skończył i Kasprzyk wrócił do Warszawy, aby się dowiedzieć, że jego pozycja rządowa jako osoby kształtującej plan sześcioletni dla polskiego lotnictwa poważnie się zachwiała. Urzędnicy skonfiskowali nawet jego licencję pilota. Był oszołomiony "Teraz zdecydowałem się dowiedzieć co się właściwie dzieje" - powiedział. "Podczas odwiedzin w biurze urzędnika rządowego - starego przyjaciela - usłyszałem jak, wykręcając numer innego biura, używa dla siebie kryptonimu "Wiktor". Policzyłem trzaski wykręcanego numeru, wiedziałem bowiem, że było to biuro, z którym musiałem się skontaktować."
Miałem jeszcze jedno na swoją korzyść. Sekretarka człowieka o pseudonimie "Wiktor" niejednokrotnie mówiła mi, że głos mój i jej szefa były w telefonie tak podobne, że często nas myliła. To nasuneło mi pewien pomysł"
Wykręcił zrekonstruowany z trzasków numer i podając się za Wiktora, zażądał danych personalnych inżyniera, którego chciał u siebie zatrudnić. Tym inżynierem był on sam. Po drugiej stronie usłyszał przekładanie papierów i nagle głos obwieścił: " Nie zajmujcie się nim towarzyszu, zostanie aresztowany gdy tylko ukończy swoją pracę" Nie mamy nic konkretnego, ale on poprostu za dużo wie."
Wiktor" prosił: "Nie mógłbym go dostać chociaż na jeden miesiąc? Wycisnę z niego wszystko." - "Nie towarzyszu sami wyciśniemy z niego wszystko w sobotę." Odpowiedział komisarz.
Wiktor" prosił: "Nie mógłbym go dostać chociaż na jeden miesiąc? Wycisnę z niego wszystko." - "Nie towarzyszu sami wyciśniemy z niego wszystko w sobotę." Odpowiedział komisarz.
"Jako byłemu pracownikowi rządowemu zostały mi jeszcze niektóre przywileje: kilka dni urlopu, darmowe bilety na samolot."
Ucieczkę komplikowała jednak poważna choroba żony, cierpiącej z powodu pewnego rodzaju paraliżu, który zatakowała jej nogi. Młody przyjaciel, któremu zaufał, zgodził się im pomóc. Wtedy Kasprzyk poszedł do dyrektora PLL Lot. "Panie dyrektorze" - powiedział - "Chciałbym dostać trzy dni wolnego na znalezienie pracy w Gdańsku, skoro tu kończę. i chciałbym też bilety lotnicze dla mojej żony i dla mnie." "Dlaczego Gdańsk" - zapytał dyrektor - "Czy nie wiesz, że jest to strefa zakazana? " " Panie dyrektorze" - odpowiedział Kasprzyk - "Zabroniono mi pracować w przemyśle zbrojeniowym, a Gdańsk, jak pan wie, jest ośrodkiem przemysłu spożywczego, oni potrzebują inżynierów. Prosiłbym także o rekomendację." "Na jaką część wybrzeża? " "To nie jest ważne". Kasprzyk wolałby gdzieś na przeciwko Szwecji. ale nie chciał też, aby było to zbyt ewidentne. Jego skalkulowany hazard przyniósł efekty. Dostał urlop, bilety i pozwolenie na pobyt w komunistycznym domku rządowym nad samym morzem przeznaczonym dla ważnych osobistości partyjnych, który o tej porze roku świecił pustkami. Dostał także swoją rekomendację.
11 października 1949 roku dwóch mężczyzn, na wpół niosąc chorą kobietę, wsiadło do pociągu jadącego do Gdyni. Wysiedli w okolicy portowej i dalej, z fałszywymi papierami oraz z pewnymi papierami obciążającymi, takimi, z którymi boisz się być złapany, zaczęli iść plażą szukając miejsca, gdzie mogliby się ukryć do chwili, kiedy powraca dzienna flota rybacka a wypływa nocna, a więc do północy.
Patrolujący strażnik zatrzymał ich i zaczął wypytywać. Kasprzyk tłumaczył się, że zgubił drogę do domku rządowego, ale żołnierz przyglądał się mu coraz bardziej podejrzliwie. Chcąc za wszelką cenę uniknąć przeszukania Kasprzyk stanowczym tonem przywołał zauważonego oficera wyższego stopnia. Wskazując na strażnika powiedział: "Ten głupi facet zatrzymał nas podczas naszej drogi powrotnej do domu. Chcę znać jego nazwisko i pana także, na wypadek, gdyby nic nie zostało w tej sprawie zrobione."
Wiedziałem, że w domku tym przebywają tylko wysocy funkcjonariusze, i liczyłem, że to wywoła odpowiednie wrażenie" - powiedział Kasprzyk. Bluff się udał. Zostali przepuszczeni i ruszyli pośpiesznie wzdłuż plaży. Znalazłszy odpowiednie miejsce, zakopali się w piasku i przez cztery godziny czekali w zimnym piachu na rozpoczęcie ruchu kutrów rybackich.
Statki musiały przejść przez portowy punkt kontrolny wewnątrz i punkt kontroli technicznej u wejścia do portu" - powiedział Kasprzyk - Gdy usłyszeliśmy rozruch silników kutrów, ruszyliśmy. Zamierzaliśmy porwać kuter stacjonujący bez załogi przy końcu kei. Aby do niego dojść musieliśmy wyjść na mur ciągnąc jeden drugiego i pchając moją żonę, a następnie przebiec ok. 6-7 metrowy odcinek jasno oświetlonego mola. w tym momencie nie było już miejsca na bluff, więc się tylko modliłem." "Matko Boska, osłoń nas swoim płaszczem przed Twoimi i naszymi wrogami." "I poszliśmy pomagając mojej żonie i nikt nas nie zauważył".
Położywszy kobietę bezpiecznie na koi, pod pokładem dwaj mężczyźni czekali w narastającym napięciu. Nagle ruszyły silniki pobliskiej łodzi. Kasprzyk uruchomił silniki kutra i podczas gdy statek rybacki wpływał do kanału kierując się do punktu kontrolnego, kuter z uciekinierami posuwał się niewidoczny w jego cieniu. w kanale wyjściowym, gdzie zaczęły się pojawiać wypływające statki, kuter skręcił z cienia pierwszego statku w cień wypływającego drugiego statku, a następnie, po minięciu uzbrojonego posterunku, rycząc wypłynął na pełnych obrotach silników na otwarte morze.
To było ryzyko" - powiedział Kasprzyk - "ale wiedziałem od strażników, że jakiekolwiek samoloty czy okręty, które by nas ścigały, spodziewałyby się, że będziemy się kierować prosto na północ przez Bałtyk do Szwecji. Chciałem, żeby wiedzieli, że kierujemy się właśnie w tym kierunku. Nagła detonacja w silniku zwróciła na uciekinierów uwagę stacji nadbrzeżnych, a sygnały świetlne i reflektory zaświeciły w ciemności. Kasprzyk wyłączył światła i wykonał ostry skręt na wschód, przepływając bez przeszkód tuż obok flotylli rybackiej. Pędzili w kierunku wybrzeża rosyjskiego zdając sobie sprawę z ryzyka, ale taż Kasprzyk wiedział intuicyjnie, że pościg raczej nie pójdzie w tym kierunku. Po 36 godzinach, podczas których musieli również zgubić goniącą ich sowiecką łodzią patrolową, trójka uciekinierów dotarła szczęśliwie do Szwecji, gdzie wszyscy otrzymali azyl.
Przez rok Kasprzyk pracował jako spawacz, a następnie, dzięki pomocy rządu brytyjskiego, za jego działalność podziemną podczas wojny, wyjechał wraz z żoną do Toronto, a następnie do Montrealu.
Był jeszcze jakiś dziwny zwrot w tej historii. w Montrealu Kasprzyk spotkał innego polskiego uciekiniera, który walczył po stronie brytyjskiej w polskich formacjach. Gdy ten zapytał go o jego żonę, Kasprzyk odpowiedział, że pozostała nadal w Toronto. "To świetnie" - powiedział znajomy - "A jak się Irena czuje? ". Kasprzyk wzdrygnął się na dźwięk imienia swojej zmarłej żony. "Ona nie żyje, zmarła na Syberii". Teraz zdumiał się jego kolega. "Chyba zwariowałeś." - powiedział - "Widziałem ją w zeszłym roku w Londynie, gdzie pracowała dla emigracyjnego Rządu Polskiego."
Elektryzująca wiadomość z Londynu wprowadziła w ruch maszynę. Informacja została potwierdzona i w niedługim czasie Kasprzyk i jego pierwsza żona połączyli się w Kanadzie. Na szczęście druga żona powróciwszy do zdrowia po swojej chorobie, postanowiła wrócić do Szwecji, aby przyjąć propozycję małżeństwa złożoną jej tam jeszcze podczas ich pobytu po ucieczce.
Wyrozumiały sędzia kanadyjski anulował drugie małżeństwo. Kasprzyk dowiedział się, że jego pierwsza żona uciekła z Syberii, dostała się na środkowy Wschód i w końcu do Londynu - ale to już zupełnie inna historia...
Dziwna rzecz miała miejsce parę lat temu" - powiedział Kasprzyk - "Spotkałam "dezertera" z polskiego rządu - człowieka który był zaangażowany w poszukiwania mnie. Powiedział mi, że kiedy zorientowali się, że uciekłam, szukali mnie wszędzie z wyjątkiem miejsca gdzie mówiłam, że jadę. Jest takie rosyjskie powiedzenie, że "tylko głupcy mówią prawdę". Zakładali, że nie jestem głupi, więc uważali, że próbuję wprowadzić ich w błąd, mówiąc, że udaję się do Gdańska".
W 1958 roku Kasprzyk, skróciwszy swoje nazwisko na Kasper, przeniósł się do Seattle, aby pracować dla Boeinga. To skończyło się w zeszłym roku. Teraz, dysponując dużą ilością czasu wolnego czasu, próbuje wcielić w życie marzenie, które mogło by zrewolucjonizować lotnictwo.
Kilka lat wcześniej skonstruował szybowiec "latające skrzydło" (artykuł w Sunaday Times Pictorial, 16.08.1966), który pilotował na pokazach lotniczych. Wbrew sceptykom, że jest to zbyt niebezpieczne i niepraktyczne. "Wcale nie" - mówi, a teraz, przy pomocy biznesmenów i inżynierów, z których niektórzy to też pracownicy Boeinga, rozwija swoje konstruktorskie eksperymenty w swoim warsztacie przy domku w Bellvue.
Jeżeli byliście w tym roku na lipcowych Targach Lotniczych na Paine Field albo na sierpniowych Targach Lotniczych w Boeing Field, musieliście zobaczyć dziwną bezogonową, bezsilnikową machnę latającą, wykonującą różne, wyglądające na samobójcze ewolucje z 64-letnim konstruktorem za sterami. Ale Kasprzyk nie jest typem samobójcy.
tłum. z "The Seattle Times", Sunday Oct. 3. 1971, Larry Rumley, "Escape from Poland"
